Losowy tekscik:
-Gdzie Gryf? – powtórzyła trochę ciszej. – Dokąd go zaprowadziliście?
-Nigdzie nie prowadzaliśmy twojego psa. Ta Quatessinka przyszła tutaj parę minut przed piątą i powiedziała, że go zabiera. Nie broniłam jej.
-Dlaczego mnie nie obudziłaś? – Derra siadła w kuchni, wodząc po ścianach niewidzącym, szklanym wzrokiem. – Nie pozwoliłabym jej odejść.
-Skoro odeszła, tym lepiej dla ciebie.
-Dlaczego nie powiedziałaś mi, że ona tu była? – znów krzyknęła, krańcowo wściekła na Arminę, która przemilczała tak istotną wieść, nie licząc się z uczuciami córki. – Nie wygłupiłabym się tak bardzo – powiedziała. – Kto wie, co przyniesie przyszłość. Może już wkrótce będziecie razem. Możecie przecież spotykać się w Polinii. A na razie ja się tobą opiekuję.
Rozciągnął się na ławce, kładąc głowę na jej kolanach. Pogłaskała ją z wahaniem, a następnie wplotła mu palce we włosy, delikatnie muskając skórę. Trwali tak jeszcze długo. On dręczył się niewesołymi myślami o swojej przyszłości poza granicami Sangacji, ona próbowała ukoić jego obawy.
Robiła to dla przyjaciela, nie dla kochanka, ponieważ jej uczucia znajdowały się na razie w stanie kompletnego zamrożenia. Syciła tylko oczy posągowym pięknem ciała przyjaciela. Była to przyjemność bardzo niewinna, ponieważ wspomnienie tych kształtów nie spędzało jej snu z powiek i nie budziło dokuczliwych pragnień.
-Jeszcze tu jesteś? – zagadnął pewnego dnia znienacka, osadzając mocniej dłońmi w ziemi kolejną sadzonkę truskawki. Nie przyłączyła się do tej pracy, zadowalając się siedzeniem na pobliskim pniu po ściętej gruszy.
-Jeśli chcesz, to sobie pójdę – wzruszyła ramionami. – Myślałam, że ci nie przeszkadzam.
-Nie przeszkadzasz mi. Ale nie powinno cię tu być. Tracisz czas, Derro.
-Gdzie w takim razie powinnam być? – zapytała pozornie obojętnie, unikając jego wzroku. Wiedziała już, jaką odpowiedź usłyszy. Wcale jej w ten sposób najmocniej hołubione nadzieje Derry i niszczyła sens jej działań. A była wszak ostatnią osobą, od której dziewczyna miała prawo spodziewać się tak złego traktowania.
-Przecież... przecież tak bardzo chcę, żebyście byli ze mnie zadowoleni – jęknęła Derra, malejąc w oczach i kurcząc się w sobie jak skatowane zwierzę, chociaż babka nie dotknęła jej ani kijem, ani ręką. Z rozpaczy brakowało jej tchu, a kolana zrobiły się miękkie jak z waty. Zrobiła taki gest, jakby miała zamiar usiąść na posadzce. Zrezygnowała z tego zamiaru i nadal stała na środku pomieszczenia naprzeciwko tamtych dwojga jak niegrzeczna, awanturująca się dziewczynka. – Jsteście moją rodziną. Nie mogę was zawieść.
-Już mnie zawiodłaś – odparła sucho Kendra, wciąż odwracając bezlitośnie spojrzenie. –Byłabym z ciebie bardziej zadowolona, gdybyś postępowała w zgodzie z tym, co podpowiada ci serce, zamiast popadać w męczeństwo. Możesz iść teraz do Arminy, niech cię pochwali, skoro postąpiłaś dokładnie według jej życzenia. Ode mnie nie usłyszysz dobrego słowa.
-Tak musi być – szepnęła dziewczyna. – Taki związek nie ma sensu. Ludzie nie zakochują się po to, żeby chodzić razem na spacery. Celem miłośi nie jest tylko przyjemność. Jest nim zrodzenie dzieci, naszych następców na tym świecie. Dlatego jedynie tradycyjne małżeństwo ma sens.
Pozostałe teksciki:
1 2 3 11765 11766 11767